Tydzień łamania serca. Oprócz wspomnianych przez Yeris Żółwi Ninja, które nie są już ani teenage, ani mutant, być może nie będzie im dane także być zbytnio ninja (za to z pewnością z dużą ilością wybuchającego, eee… wszystkiego), postanowiłam utopić smutki (tak, to aż tak bolało, uwielbiam żółwie ninja) gdzieś, gdzie obiecałam sobie nie wracać. Witamy ponownie w krainie świetnych seriali, zdjętych z anteny zdecydowanie za wcześnie!

 

Tyle względem wstępu, ale o czym mówimy? Jeśli tytuł wpisu nic Wam nie mówi, to bardzo źle, musicie (tak, tryb rozkazujący) jak najszybciej zapoznać się z wesołą załogą kapitana Mala Reynoldsa, dowodzącego transportowcem Serenity klasy Firefly, od którego też wziął się tytuł serialu, czyli „Firefly” właśnie. O, kolejna historia o kosmosie, statkach, kosmitach itd.? Bynajmniej. Akcja toczy się w XXVI wieku i, owszem, ludzie skolonizowali kosmos, owszem, poruszają się po nim statkami, brak za to innych form życia go zamieszkujących. Co zatem jest, aby przyciągnąć przed ekrany widza? Kowboje i wszechobecny klimat dzikiego zachodu o poziomie Johna Wayne’a pędzącego w samo południe, konno, za dyliżansem, niedługo po zjedzeniu grochówki przy ognisku milczącego twardziela, gdzieś na pustyni, niedaleko farmy samotnej damy, samotnie broniącej się przed rabusiami, bo jej mąż zginął i teraz jest samotna i niebezpieczna, jak to dama na dzikim zachodzie (tu splunięcie tytoniem na podłogę). Ufff… Ale to już było, temat kowbojów w kosmosie nie jest najnowszy, w końcu wszyscy kojarzą świetnego „Cowboy Bebop”, czy, khem, „Kosmicznych kowbojów”. „Firefly” może tego nie odświeża, ale traktuje po swojemu i, trudno mu tego odmówić, w sposób tak wysmakowany, że aż ślinka sama cieknie. Mamy tu więc pościgi konne, pojedynki rewolwerowe, akcję wartką, kiedy powinna taka być i świetnie zarysowanych bohaterów, którzy, jak na western przystało, są wyrzutkami o swojej własnej moralności, do tego upakowanymi do jednego wora, jakim jest Serenity. Różnorodność ich temperamentów zapewnia zwroty akcji i błyskotliwy humor, a to wszystko posypane odrobiną tajemnicy i dopracowanymi scenami akcji. Aż żałuję, że nie wzięłam się za to wcześniej. Co prawda może niektórych odrzucić brak jako takiej głównej osi fabularnej, która niby jest, ale ledwo się rysująca. Na tyle jednak, aby czuć niedosyt po tych kilkunastu odcinkach. Warto jednak zajrzeć na pokład „Firefly” dla tych paru historii serwowanych nam przez jej załogę. A nudzić się nie można, gdy w jednym miejscu mamy cynicznego weterana wojennego znanego jako kapitan Malcolm, jego koleżankę z pola bitwy Zoe, przezabawnego pilota Washa, mechanika pokładowego, czyli słodką Kaylee, oprycha Jayne’a, a oprócz tego luksusową kurtyzanę, kaznodzieję i rodzeństwo uciekające przed rządem (tu Summer Glau jako Ta Dziewczyna, Z Którą Coś Jest Nie Tak).

 

Na zaostrzenie apetytu:

Czyli klimatyczna czołówka.

 

A także hołd dla Jayne’a Cobba, czyli coś dla fanów.